Witejcie,
20.01.2006
z kuli naszyj godki, mom sam text z forum wtory trza pocytac :
"W latach szescdziesiatych los rzucil mnie do polskiej szkoly podstawowej, gdzie uczono mnie, co jest, a co nie jest polszczyzna. W tropieniu jezykowych niepolskosci specjalizowaly sie nauczycielki jezyka polskiego, z mowy, ktora od urodzenia poznawalem na Slasku Cieszynskim, w domu dziadkow i ich sasiadow, okolo 80 procent odrzucajac jako niepolskie. Szczegolnie przykre bylo traktowanie "cieszinskich bajtli", ktore z odleglych wsi dochodzili do szkoly po kilka kilometrow, aby sie dowiedziec, ze ich mowa jest w calosci kaleczeniem, zasmiecaniem jezyka polskiego. Przyrzadem pedagogicznym byl powszechny wowczas, drewniany piornik, czyli kanciaty wydrazony klocek zamykany wsuwana deseczka, ktorym uderzano "bajtle" plamiace polski jezyk po wystawionych do przodu dloniach. Norma wynosila dziesiec uderzen. W zaleznosci od stopnia przewinienia i odpornosci "kluka" na wysilki polonizacyjne uderzano na plasko lub kantem. Przyznac trzeba, ze bylo to narzedzie skutecznie wpajajace milosc do polskich slow. Bajtle lkajac powtarzaly poprawna wymowe do skutku, a bol z pewnoscia pomagal im zapamietac blad i pokochac pelne "a," i "e," slowa.
Pamietam tez Pawla, jedenastoletniego chlopaka wyrosnietego ponad wiek, silnego i przywyklego do ciezkiej pracy w skromnym gospodarstwie rodzicow. Przyszedl do nas z wiejskiej szkolki gminnej w naszych pieknych gorach, do czwartej klasy szkolki te uczyly dzieciaki w rodzinnej wsi. Jakos sie tam przemykal z roku na rok, nauczyciele chyba litosciwie patrzyli na jego niewyspanie i zmeczenie wczesnym wstawaniem do krow, na jego skromne ubranie pachnace obora i twarz opalona od slonca przy zniwach. Pawel umial tylko mowic po slasku. Kiedy pierwszy raz przyszlo mu wystawic rece pod ciosy piornika, patrzyl spokojnie w oczy nauczycielki i przy uderzeniach nawet sie zbytnio nie poruszyl, ani reki nie cofnal. Pawla rece od lat twardnialy przy codziennym dojeniu kilku ojcowych krow. Gdy przestala, Pawel odwrocil sie o powiedzial do nas: "Przimazala mi wiela poradzila ale styknie jak yny kapke pofukoom. Isto mie niecho". I rzeczywiscie, nauczyciele "niechali" Pawla. Pawel nigdy wiecej nie dostal po rekach, ani nie juz byl wyrywany do odpowiedzi. Siedzial w ostatniej lawce i patrzyl przez okno, w przerwach opowiadal nam "uo swoij dziedzinie" i "starziku, s kierym lotou kopcami na Czechy skuli tabaku". Czasami przynosil laseczki lukrecji albo zelatynowe weze w cukrze. Po roku nie pojawil sie wiecej. Wsrod "klukow" ktos rozpuscil wiesc, ze Pawel odszedl ze "starzikiem" na Czechy na zawsze. Czechy, schowane za Czantoria, dla nas, cieszynskich "bajtli" byly synonimem wolnosci i swiata, objektem marzen, w odroznieniu do realiow szkoly z nauczycielami wyposazonymi w drewniane piorniki.Zdarzalo sie, ze "bajtle" wkradaly sie do wagonow pociagow zmierzajacych w strone Czech przez boguszowicki most, aby uciec od szkoly, nauczycieli i ich piornikow. Ach, dziecinna wiara w lepszy, uczciwy swiat, naiwnosc i nic wiecej."
Pozdrowiom Wos " Ostatni co jesce godac poradzom "
Psycho